
Nie sprawia wrażenia osoby przyzwyczajonej do odmierzonego aplauzu i aksamitnych kurtyn. Jakub Józef Orliński porusza się po warszawskich ulicach z lekkością; jest w połowie tancerzem, w połowie obserwatorem. Wtopił się w rytm miasta, najczęściej nosząc bluzę z kapturem. Jednak jeśli uważnie się przysłuchać, można zauważyć coś wyjątkowego: obecność, która jest jednocześnie ugruntowana i elektryzująca.
Poza sceną Orliński przechodzi do innego rodzaju występu, zamiast pogrążać się w ciszy. Niezwykle fizyczny, ale nie teatralny. Odkrywa równowagę w jej najprostszej formie, ćwicząc stanie na rękach w parkach nad rzeką i jeżdżąc na deskorolce po krętych uliczkach. Jednego wieczoru wlewa święte emocje w arię Händla, a następnego ranka jest pokryty kurzem z chodnika – to uderzający kontrast.
| Kategoria | Szczegóły |
|---|---|
| Pełne imię i nazwisko | Jakub Józef Orliński |
| Data urodzenia | 8 grudnia 1990 |
| Narodowość | Polak |
| Zawód | Śpiewak operowy (kontratenor), tancerz breakdance, performer |
| Wykształcenie | Uniwersytet Muzyczny Fryderyka Chopina (Warszawa), Juilliard School (Nowy Jork) |
| Znany z | Opera barokowa, występy łączące muzykę klasyczną z kulturą uliczną |
| Języki | Polski, angielski; śpiewa również po włosku, francusku, niemiecku i łacinie |
| Źródło zewnętrzne | Wikipedia: https://pl.wikipedia.org/wiki/Jakub_Józef_Orliński |
Chociaż nigdy nie ukrywa swojego życia prywatnego, jest ono niezwykle skromne. Nie ma tu żadnej inscenizowanej tajemniczości ani starannie wykreowanej instagramowej fantazji. Raczej żyje z powściągliwą intencjonalnością. W jego warszawskim mieszkaniu, które przyjaciel określił jako „klasztor z trampkami”, brakuje blichtru i splendoru sławy. Rośliny pochylają się w stronę słońca. Przy ścianie stoi gitara. Na półkach mnóstwo poezji, książek historycznych i ręcznie zapisanych zeszytów.
Ludzie często pytają go o miłość. Czy ma w życiu partnera? Zazwyczaj odpowiada w uprzejmy i taktowny sposób, nigdy nie unikając odpowiedzi. Kiedyś powiedział: „Podobnie jak muzyka, miłość wymaga obecności, a nie występu”. Kiedy po raz pierwszy usłyszałem to zdanie podczas wywiadu w Berlinie, bardzo mi zapadło w pamięć. Jego wypowiedź, mająca na celu wyjaśnienie, a nie zaimponowanie, miała wyjątkowo szczerą jakość.
Silne granice pozwalają mu chronić energię potrzebną do pracy. Ma napięty harmonogram podróży, obejmujący kursy mistrzowskie w Londynie, występy w Paryżu i próby w Zurychu. Sen staje się dynamicznym celem. Nawet podczas lotów utrzymuje rutynę pisania w dzienniku przed snem. Pisze, aby się zrelaksować, aby zrobić miejsce na kolejną rolę, kolejne miasto, kolejny oddech, a nie po to, by dokumentować.
Jego zdolność do utrzymania tej intensywności bez wypalenia jest niezwykła. Swoją zdolność do regeneracji przypisuje aktywności fizycznej, zwłaszcza breakdance’owi. Dla przetrwania, a nie dla popisu. W jednym z ostatnich podcastów przyznał: „Moje ciało mówi mi to, czego mój głos jeszcze nie potrafi wyrazić”. Jego dwie pasje były głęboko ze sobą splecione, a jego wypowiedź była odświeżająco szczera.
Pod jego swobodnym usposobieniem kryje się pewna dyscyplina. Jest znany na przykład z tego, że podczas tras koncertowych sam gotuje posiłki; często są to proste, pożywne dania. W tym chaotycznym kalendarzu gotowanie daje mu poczucie kontroli. Codziennie rano ćwiczył techniki oddechowe i podczas lockdownu uprawiał zioła na balkonie. Twierdzi, że jego wolność kształtują te małe rytuały.
Ta równowaga jest widoczna nawet w jego przyjaźniach. Wynikają one z wzajemnego zrozumienia i wspólnych zainteresowań, a nie z kontaktów z wytwórniami płytowymi czy udziału w prestiżowych wydarzeniach. Jednym z jego najbliższych przyjaciół jest tancerz z jego wczesnych występów ulicznych. Nadal otrzymuje wiadomości od swojego nauczyciela śpiewu, który radzi mu, aby „śpiewał kolanami, a nie pychą”.
Nie zabiega o popularność ani nie idealizuje celebrytów. Ale rozważnie wykorzystuje swoją rozpoznawalność. Współpracował z beatboxerami przy projektach łączących różne gatunki muzyczne, nagrywał arie w opuszczonych kościołach i dawał spontaniczne recitale na miejskich placach. Każda decyzja wydaje się mniej buntem, a bardziej zaproszeniem dla opery do rozwijania się, poruszania i oddychania w nowy sposób.
O sztuce mówi z ciekawością, a nie z nabożeństwem. „Muzyka barokowa jest jak lustro – każdego dnia pokazuje ci coś nowego” – powiedział kiedyś jednemu ze studentów. Jego sposób życia odzwierciedla ten duch eksploracji. Żadne dwa dni nie są dokładnie takie same. Jeden może zacząć się od słuchania Vivaldiego i picia espresso. Inny od rozciągania się nad kanałem i szkicowania choreografii w notesie.
Jego prywatne chwile nie są zdominowane przez świat cyfrowy. Chociaż dzieli się fragmentami swojego życia, takimi jak filmy z treningów czy zdjęcia zza kulis, sprawiają one wrażenie raczej pocztówek niż postów. Dzięki tej selektywnej otwartości jego obecność wydaje się autentyczna, a nie sztuczna. Nie występuje dla publiczności przewijającej ekran, ale po prostu jest.
Wydaje się, że to cel, a nie szybkość, stanowi dla niego fundament życia. Jego błyskawiczna kariera idzie w parze z celową powolnością. Obserwuje ludzi. W zeszłym roku, podczas wieczornego spaceru po Krakowie, podszedł do niego nieśmiały fan. Zamiast go zbyć, Orliński zaproponował rozmowę. Nie autoportret. Rozmowę. Dziesięć minut ciszy na temat wypalenia zawodowego, oddechu i Bacha.
Tworzy przestrzenie w swojej karierze, zamiast próbować uciec od jej wymagań. Przestrzenie pełne ciszy. Gdzie mogą rozkwitać przyjaźnie. Gdzie występy są oferowane, a nie wymuszane.
Uśmiechnął się, zapytany kiedyś, czy boi się, że stanie się nieistotny. „Jeśli mam być całkowicie szczery, chcę po prostu nadal być użyteczny dla swojego ciała, swojej sztuki i ludzi, na których mi zależy”. Była to prosta odpowiedź, ale miała potężny, subtelny wydźwięk.
Taki poziom jasności jest szczególnie rzadki. Nie przyciąga uwagi. Jest po prostu obecny.
Być może najbardziej fascynującym aspektem prywatnego życia Jakuba Józefa Orlińskiego nie są informacje, którymi się dzieli lub które ukrywa, ale sposób, w jaki prowadzi swoje życie z niemal niezwykłym poczuciem jedności. Wydaje się, że dokładnie wie, gdzie jest jego centrum i jak do niego wrócić, niezależnie od tego, czy jest na scenie, w skateparku, czy w domu ze swoim dziennikiem.
