Jego nazwisko od razu zwraca uwagę. Jednak Jan Jasiński, najstarszy syn reżysera Krzysztofa Jasińskiego i Maryli Rodowicz, nie był zainteresowany karierą w mediach. Podjął raczej spokojną, niemal filozoficzną decyzję, na którą nie miało wpływu zainteresowanie mediów.

Urodził się w 1979 roku, roku burzliwym i dynamicznym. Jego matka, będąca już wówczas silną ikoną sceny, urzekała tłumy. Ojciec, współzałożyciel Teatru STU, był związany z kulturą wysoką. W rezultacie Jan dorastał w środowisku pełnym pasji, muzyki i napięcia scenicznego, ale nigdy nie wyraził chęci kontynuowania tego sposobu życia.
| Imię i nazwisko | Jan Jasiński |
|---|---|
| Rok urodzenia | 1979 |
| Rodzice | Maryla Rodowicz i Krzysztof Jasiński |
| Wykształcenie | Filozofia, Uniwersytet Jagielloński |
| Kariera | Klub „Stolica”, budowa domów drewnianych |
| Styl życia | Prywatny, unika mediów |
| Zainteresowania | Humanistyka, sztuka, działalność lokalna |
| Relacja z matką | Wspólne występy, więź osobista i artystyczna |
| Źródło zewnętrzne |
Zamiast tego wybrał filozofię. Bardziej interesowały go pytania niż odpowiedzi, o czym świadczą studia na Uniwersytecie Jagiellońskim. Bardziej zależało mu na znalezieniu celu niż na sławie. Jak się okazało, była to przemyślana decyzja, do której konsekwentnie dążył.
Przez jakiś czas próbował swoich sił w biznesie. W Warszawie prowadził klubokawiarnię „Stolica”, której celem było łączenie kultury i interakcji. Choć inicjatywa była szczególnie potrzebna, zwłaszcza w latach 2000., nie przetrwała długo. Lokal został zamknięty po półtora roku. Choć Jan milczał na temat tego wyboru, jego późniejsze działania sugerowały, że szukał bardziej długoterminowego rozwiązania.
Dochód ze sprzedaży mieszkania przeznaczył na firmę budowlaną. Drewniane domy na Mazurach – brzmiało to jak zupełnie inna faza. To nie była typowa firma. Dla rodziny Jasińskich było to zanurzenie się w krajobrazie o symbolicznym znaczeniu. Jego ojciec często odwiedza gospodarstwo agroturystyczne, w którym prowadzi swoją siostrę, Katarzynę. Jan włączył się więc w ten rytm, z dala od miejskiego zgiełku, poszukując wartości w fakturze drewna i spokoju jezior.
Nie sposób pominąć faktu, że w tym okresie nieustannie unikał medialnego zainteresowania. Nie komentuje bieżących wydarzeń, nie udziela wywiadów i nie ma oficjalnych kont w mediach społecznościowych. Czasami pojawia się z mamą – na scenie lub za kulisami – i to wystarczy, by wywołać poruszenie.
Wystąpił z Marylą na Pikniku Country w Mrągowie. Na koncercie charytatywnym „KOCHAM CIĘ” też. Nie był zaabsorbowany, ale był. Nigdy nie starał się błyszczeć bardziej, niż było to absolutnie konieczne, stojąc tuż obok i śpiewając z mamą.
W jednej z transmisji z tego wydarzenia zauważyłem jego zachowanie. Spokojny, powściągliwy, ale pewny siebie. Nie odczuwał stresu kogoś, kto musi sprostać legendzie. Zamiast tego miał opanowanie kogoś, kto jest świadomy swojej roli i nie musi nikomu niczego udowadniać.
Sława go nie pociąga. Innymi słowy, doskonale zdaje sobie sprawę, jak trudna jest ta sytuacja. Jego wybór życia poza kamerą jest niezwykle oczywisty; motywowała go raczej chęć spokoju niż nieposłuszeństwa. Jan Jasiński wyróżnia się jako ktoś, kto osiągnął luksus prywatności w czasach, gdy staje się ona coraz rzadsza.
Wyraźnie widać też różnice między metodami rodzeństwa. Publiczność lepiej zna Jędrzeja Duňskiego, syna Maryli z małżeństwa z Andrzejem Duňńskim. Katarzyna odkryła w agroturystyce miejsce, gdzie rytm pracy i bliskość natury nadają życiu nowy sens. Jan wybrał przestrzeń jeszcze bardziej odizolowaną. Ale być może również bardziej zakorzenioną.
Czasami przyjeżdża do Warszawy. Okazjonalnie występuje na scenie. Zawsze jednak kieruje się własnymi zasadami. I nie ma w tym chłodu. Przeciwnie, jest coś niezwykle ciepłego w tej obecności, co się pamięta, ale nie wymaga uwagi.
Niekoniecznie mówi tylko dlatego, że nie udziela wywiadów. Mówi poprzez swoje wybory, poprzez decyzje dotyczące tego, gdzie mieszka, co buduje i z kim śpiewa. Komunikuje się poprzez swoją nieobecność: „Znam swoje imię, ale żyję swoim życiem”.
W ten sposób jego postawa jest zarówno zrozumiała, jak i motywująca. Dowodzi, że dziedzictwo kulturowe można postrzegać jako źródło, a nie cel. Że można być obecnym – i nieobecnym – jednocześnie. I że może to być bardzo ważne, zwłaszcza jeśli czyjeś nazwisko ma związek z historią polskiej muzyki.
