W świecie literatury cenzura rzadko pojawia się w oczywistej formie. Nie ma urzędnika z pieczątką „zakazane”, który zatrzymuje książkę przed drukiem. Zamiast tego działa coś bardziej subtelnego — rozmowy redakcyjne, uwagi konsultantów, czasem nagła zmiana decyzji wydawnictwa. Właśnie ten proces próbuje opisać pisarz i badacz Adam Szetela, który w swojej książce That Book Is Dangerous! ujawnia kulisy współczesnej cenzury w Stanach Zjednoczonych.

Czytając jego relacje, można odnieść wrażenie, że współczesna cenzura przypomina raczej serię drobnych korekt niż spektakularne zakazy. Jedno zdanie zostaje zmienione. Postać literacka traci kontrowersyjny dialog. Czasem cały wątek znika z tekstu, zanim książka trafi do druku. Oficjalnie nazywa się to redakcją lub „doprecyzowaniem przekazu”. W praktyce bywa czymś bardziej skomplikowanym.
Pisarz ujawnia kulisy cenzury w USA
| Informacja | Szczegóły |
|---|---|
| Autor | Adam Szetela |
| Książka | That Book Is Dangerous! (2025) |
| Tematyka | Współczesna cenzura w amerykańskim rynku wydawniczym |
| Główne zagadnienia | „Sensitivity reads”, presja korporacyjna, autocenzura |
| Historyczne odniesienie | Comstock Act z 1873 roku |
| Instytucje badające zjawisko | PEN America |
| Strona referencyjna |
Szetela dużo miejsca poświęca zjawisku tak zwanych sensitivity reads. To konsultacje przeprowadzane przed publikacją książki, podczas których specjalni czytelnicy analizują tekst pod kątem potencjalnie obraźliwych treści. Idea wydaje się zrozumiała — wydawcy chcą unikać błędów kulturowych czy stereotypów. Problem zaczyna się wtedy, gdy sugestie konsultantów stają się niemal obowiązkowe. W niektórych przypadkach fragmenty książek są zmieniane jeszcze zanim autor zdąży je publicznie obronić.
Spacerując po księgarniach w Nowym Jorku czy Chicago, trudno zauważyć te procesy. Na półkach stoją setki tytułów, kolorowe okładki przyciągają wzrok, a czytelnicy przeglądają nowe powieści przy stolikach z kawą. Wszystko wygląda jak swobodny rynek idei. A jednak, jak sugeruje Szetela, część decyzji zapada dużo wcześniej — w salach konferencyjnych wydawnictw.
Jest w tym pewna ironia. Stany Zjednoczone od dawna postrzegane są jako symbol wolności słowa. Pierwsza poprawka do konstytucji chroni swobodę wypowiedzi, a literatura często była tam przestrzenią odważnych eksperymentów. Historia pokazuje jednak, że cenzura w USA nigdy całkowicie nie zniknęła.
Jednym z najczęściej przywoływanych przykładów jest Comstock Act z 1873 roku, który pozwalał władzom blokować publikacje uznane za „niemoralne”. W tamtym czasie dotyczyło to między innymi książek o seksualności czy zdrowiu reprodukcyjnym. Współczesne spory wyglądają inaczej, ale w pewnym sensie powracają do podobnych pytań.
Kto decyduje o tym, co może zostać opublikowane?
W ostatnich latach szczególnie dużo dyskusji dotyczy książek poruszających tematykę rasową, tożsamościową czy LGBTQ+. W niektórych stanach szkoły i biblioteki zaczęły usuwać wybrane tytuły z półek. Oficjalnym powodem bywa ochrona młodszych czytelników, choć krytycy twierdzą, że chodzi raczej o ideologiczne spory.
Organizacja PEN America odnotowała w ostatnich latach setki przypadków prób ograniczania dostępu do książek w amerykańskich szkołach. Niektóre z nich dotyczą literatury klasycznej. Inne — współczesnych powieści opisujących doświadczenia mniejszości.
Jednak najbardziej interesujący fragment książki Szeteli dotyczy czegoś jeszcze bardziej subtelnego: autocenzury. Wielu autorów, świadomych potencjalnej reakcji mediów społecznościowych, zaczyna samodzielnie modyfikować swoje teksty jeszcze przed wysłaniem ich do wydawnictwa.
To trochę jak pisanie z niewidzialnym redaktorem siedzącym obok. W rozmowach z pisarzami pojawia się czasem podobne zdanie: „Lepiej tego nie pisać, bo wywoła burzę”. W efekcie pewne tematy znikają z literatury zanim zdążą się pojawić. Nie dlatego, że ktoś je zakazał. Raczej dlatego, że autorzy przewidują reakcję rynku.
Watching this unfold — obserwując te procesy z perspektywy czytelnika — trudno nie zauważyć, że współczesna debata o cenzurze jest znacznie bardziej skomplikowana niż dawniej. Nie ma jednego cenzora ani jednego urzędu decydującego o publikacjach. Zamiast tego działa sieć nacisków.
Czasem są to grupy rodziców protestujących przeciwko książkom w szkołach. Czasem aktywiści w mediach społecznościowych. Czasem same korporacje wydawnicze obawiające się kryzysu wizerunkowego. Szetela nie twierdzi, że wszystkie te działania mają jeden cel. Raczej pokazuje, że literatura funkcjonuje dziś w środowisku pełnym napięć kulturowych.
I być może właśnie to jest najbardziej niepokojące. Bo kiedy zmiany w tekstach zaczynają wynikać z obawy przed reakcją publiczną, granica między redakcją a cenzurą staje się trudna do uchwycenia. Wtedy pytanie o wolność słowa przestaje być abstrakcyjną debatą akademicką.
Staje się bardzo praktycznym problemem dla każdego autora, który próbuje napisać książkę o świecie takim, jaki naprawdę jest.
